piątek, 3 czerwca 2011

Nie tylko "Pipeta"

Kilka dni temu zakończyliśmy zdjęcia do drugiego już filmu KaPoKa. Produkcja ta znacznie różni się od wielokrotnie opisywanej tu "Pipety". Same aspekty techniczne filmu znacznie odbiegają od poprzednika. Nowy obraz powstawał z pewną ideą: nasza grupa chce robić animacje lalkowe o jak najwyższym standardzie — tego trzymać będziemy się zawsze. Nowe „dzieło” jest też swoistym eksperymentem. Pomyśleliśmy, że może warto zaryzykować kilkoma rozwiązaniami zupełnie nowymi, które mogą gwarantować podobną jakość wykonanej animacji, a jednocześnie ułatwić nam pracę. Czy się udało? Trudno powiedzieć. Efekty, jakie możemy narazie oglądać, każą myśleć, że tragedii nie ma, ale, jak zawsze, mogło być nieco lepiej. Będzie to lekcją na kolejne produkcje. W końcu człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach.

Różnicami są:




  • ruchome ujęcia (kilka bo kilka, ale jednak), niestety tworzone bez specjalistycznego osprzętu.
  • niższa ilość klatek na sekundę (może się to wydawać posunięciem zupełnie bezsensownym, lecz takim nie jest. Mniejsza ilość obrazów przypadających na jedną sekundę nie musi wcale obniżać jakości obrazu. „Pipeta” to film nienajgorszej jakości i w 24 klatkach. Aby zmylić oko wystarczy jednak dwa razy mniej. Znane na całym świecie bajki, tworzone niegdyś w studio Se-Ma-For, to właśnie 12-klatkowe produkcje).
  • Odróżnieniem od "Pipety" jest również sama lalka animacyjna. Postanowiliśmy eksperymentować z dużo tańszą w wykonaniu konstrukcją. Nie był to może do końca trafiony pomysł, ale z pewnością również stanowi solidną lekcję. Konstrukcja w tej produkcji nastręczała animatorowi niezwykle dużo problemów, ale jakoś animować się dała. Jej budowa niemal niczym nie przypomina pana Mietka z programu „Pipeta”. Ten ostatni w nieco zmienionej formie „żyje” do dziś, a nie można powiedzieć tego o nowym, bezimiennym bohaterze naszego powstającego obrazu. On rozsypywał się już podczas zdjęć. Lalka do animacji łatwego życia nie ma — musi przetrwać wiele brutalnych chwil, wykręca się jej kończyny i zmusza do długiego sterczenia w karkołomnych pozach. Innymi słowy, krótka animacja to wiele olbrzymich obciążeń dla drobnej, bądź co bądź, konstrukcji. Doliczając do tego sporą masę naszego bohatera, nie ma się co dziwić, że ledwo dociągnął do końca swej roli.

Różnice w budowie obu panów widać zresztą na pierwszy rzut oka. Pan Mietek mógłby swojemu koledze pozazdrościć możliwości, jakie daje filmowcom jego mimika. Dużo trudniejsze do wykonania okazały się także oczy. Problemów nastręczały już same rozmiary gałki — średnica wynosi jedynie 0,5 cm! Może i mało kto zwróci na nie uwagę podczas projekcji, ale my jesteśmy dumni z osiągniętego efektu.
  • Nowy film to także zupełnie inne oświetlenie. Sporo tańsze i sporo mniej wymagające od twórców. Nie będzie to jednak standardem przy kolejnych zdjęciach. Tu po prostu chodziło o charakter, kolor, klimat i specyfikę oświetlenia. Stąd wybór padł na zwykłą biurkową lampkę. Oczywiście w grę nie wchodzą tzw. „świetlówki”.

Wiele patentów przetestowanych już podczas prac nad „Pipetą” znalazło zastosowanie i tym razem, ale o tym chyba nie warto się tak rozpisywać.

Obecnie trwają prace nad retuszem niektórych klatek i udźwiękowieniem. Mamy nadzieję, że zasialiśmy w kimkolwiek ziarenko niecierpliwości i zaciekawienia, i że choć jedna osoba będzie z pewnym napięciem wyczekiwać naszej produkcji. Sami w każdym razie odczuwamy już ten specyficzny, przedpremierowy stresik i podniecenie. Między innymi dla takich chwil robi się to wszystko.

Cóż nam więcej pozostaje, jak tylko życzyć sobie rychłego ukończenia prac i pokazania efektów swoich kilkumiesięcznych wysiłków rodzinie, przyjaciołom, znajomym i w końcu szerszej publiczności, tak na pokazach, jak w internecie i na rozmaitych festiwalach. Amen!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza